Z niepodległością jest jak z ciążą, nie można jej stopniować - może być co najwyżej urojona. Polska miała niepodległość, była jej pozbawiona, ale też przez bardzo długi czas miała niepodległość fasadową - "urojoną", jedynie z nazwy. Gubernie, protektoraty, a nawet "Królestwa Polskie" bywały całkiem niepolskie mimo całkiem sporego w nich udziału ludności tubylczej, ergo nas, Polaków.
Dzisiejsze pokolenia Polaków ukształtowane zostały w takiej właśnie niepodległości "wirtualnej", czyli w PRL-u. Przez to, że nasi dziadowie przegrali II wojnę światową, kilka ładnych pokoleń Polaków urodziło się pod cudzym butem.
Brak niepodległości (tej prawdziwej) to brak wolności; sytuacja, w której zanim podejmiemy jakiekolwiek działanie, pięć razy zastanowimy się, czy nam wolno; czy pozwolą nam to robić ci, którzy cieszą się realną wolnością. Ludzie z kraju zniewolonego najpierw upewnią się, że mają przyzwolenie, a potem dopiero zrobią krok. Takie zachowanie zostaje poprzez wychowanie wdrukowane w nowe pokolenia, przenosi się i propaguje, zniewalając bardziej niż wojsko, policja, kraty czy strach. O takie właśnie "wychowanie ku życiu bez wolności" troszczą się okupanci. Ci starają się również o rozładowanie naturalnych w każdym społeczeństwie tendencji do decydowania o sobie, oferując ersatze w postaci starych symboli narodowych czy fasadowych instytucji. Po jakimś czasie, gdzieś w trzecim pokoleniu, ludzie zapominają, jak wygląda wolność, zresztą i tak nie potrafiliby w niej żyć. Niczym więzień przed końcem kary boją się tego, co jest po drugiej stronie muru.
Na dodatek, towarzyszy im szamotanina kompleksów, poczucie, że jednak coś jest nie tak i inni mają lepiej. W peerelowskim wypadku była to m.in. świadomość - utraconej przynależności do Europy i normalnej cywilizacji; że nie zdołaliśmy upilnować się przed Wschodem, który tradycyjnie od stuleci na nas dybał.
Europa, Zachód, to było to! Tymczasem po drugiej wojnie światowej Europa kończyła się mentalnie kilkaset kilometrów na zachód od granicy. Dzisiejsi czterdziesto-/pięćdziesięciolatkowie, ludzie, którzy decydują o kraju, jako dzieci kolekcjonowali opakowania po zagranicznych papierosach i historyjki z gum Macdonalda. Dlatego dzisiaj trudno się dziwić, że tak ukształtowane społeczeństwo popiera "Europę"; cokolwiek mu się pod to pojęcie podstawi, jakkolwiek zagra mu się na kompleksie zaściankowości i prowincjonalizmu. W minioną niedzielę podczas akcji podpisywania petycji z żądaniem referendum w sprawie traktatu akcesyjnego pewien pan stwierdził dobitnie, że nie podpisze, ponieważ "jest za Europą". Ci, którym traktat akcesyjny się nie podoba, zostali jednoznacznie wykreowani na anty-Europejczyków - w domyśle barbarzyńców, dzikusów, i generalnie rzecz biorąc, współczesnych Hunów, lub mówiąc po warszawsku "buraków".
Próbę obrony interesu narodowego - czyli interesu polskich rodzin, polskich przedsiębiorców, polskich chłopów - przedstawiono przewrotnie jako ostatnie podrygi "wstecznego" świata. O wyzbyciu się przez naród niepodległości nie pozwolono nawet zadecydować większości Polaków, uznano, że decyzję taką podjąć mogą posłowie pochodzący z niereprezentatywnych partyjnych list. Niestety, nie jest to precedens, należymy do narodu, którego sejm samodzielnie zatwierdził już kiedyś wyzbycie się niepodległości.
Do tej pory można było się spierać, na ile decyzje polskich władz są suwerenne, ile pola manewru ma państwo, którego system bankowy jest w obcych rękach, gdzie korupcja pozwala na kupowanie ustaw, a polityka zagraniczna często robiona jest przez ludzi przywykłych do bycia poklepywanym po plecach. Nie zmieniało to jednak faktu, że konstytucyjne instytucje polityczne tego kraju gwarantowały niepodległość. Nie tę "niby-rzeczywistą", urojoną, lecz realną. Dlatego było psim obowiązkiem polskich polityków poddać zatwierdzenie zmiany tych instytucji pod osąd wszystkich Polaków - rozpisać w sprawie traktatu akcesyjnego referendum. Wymagała tego zwykła ludzka przyzwoitość i uczciwość. Niestety, nawet tego zabrakło.
Opisany traktatem projekt nowej Europy pozostaje właśnie tym - li tylko projektem. Mimo że na naszych oczach tworzone są prawne mechanizmy zagwarantowania nadrzędności europejskich instytucji nad polskimi, to jest to tylko papier. Nie wiadomo, co przyszłość przyniesie i na ile trwały okaże się obecny porządek. Dlatego ważne jest, aby nadal pracować nad Polską - nad kształtowaniem przyszłych pokoleń, aby nie rezygnować z pracy nad narodowym zaczynem i przenosić w kolejne pokolenia żagiew idei, które milionom naszych ojców i dziadów kazały pruć żyły, oddawać życie i przelewać krew za Ojczyznę. Globalizm gospodarki, nowe technologie i powszechna łatwość migracji nie zmieniają prostego faktu, że światem rządzić będą silne nacje. W danym nam przez Boga zakątku doczesności jest miejsce na pewnych siebie, dumnych z przeszłości, nowoczesnych, wykształconych Polaków. Rodzą się ludzie nowi, pozbawieni kompleksów dziecięcych kolekcjonerów kolorowych śmieci Zachodu, rośnie nowa polska elita. Zdają sobie z tego sprawę wrogowie silnej Polski. Ich wściekłość w bardzo wielu przypadkach jest przyznaniem się do bezsilności i obaw.
Zatem, niech żyje Polska! Nikt nie jest w stanie pozbawić jej niepodległości w naszych sercach. Andrzej Kumor Mississauga źródło: Goniec Toronto
|